"Z gór na Mazury"



By zobaczyć wszystkie zdjęcia zapraszamy do Galerii

Relacja z podróży pojawiła się także w magazynie "Rowertour" (2/2012)


Pomysł rowerowego wypadu na mazury powstał na jednej z przerw pod koniec roku szkolnego. Plan był prosty: wyruszamy z domu (okolice Zakopanego) i w dwa tygodnie docieramy na pojezierze jadąc wschodem Polski. Nie wzięliśmy pod uwagę jednego: plany z zasady wydają się proste.



Problemy zaczęły się piętrzyć już zanim wyruszyliśmy. Wybuch starej kuchenki turystycznej zniszczył część mojego sprzętu, a Jaśkowi wciąż doskwierała kontuzja stawu kolanowego, której nabawił się na zawodach. Tyle o czynniku losowym. Naszym zaś błędem było zbyt późne zamówienie sakw. Trzeba tu zaznaczyć, że nie był to zwykły sprzęt bagażowy, lecz oznaczony logiem projektu Afryka Nowaka, przez co mogliśmy wspomóc przedsięwzięcie, które szczerze popieramy a także dumnie wozić wizerunek naszego idola. Na szczęście dzięki świetnej współpracy udało się zorganizować przesyłkę z niewielkim poślizgiem czasowym. I tak w sobotę o wschodzie wyjechaliśmy z Nowego Bystrego – niewielkiej wsi pod Tatrami.



Zapowiadała się ładna pogoda. Pierwsze kilometry minęły nam na poznawaniu zachowań roweru obciążonego bagażem, więc pod oponami monotonnie szumiał asfalt. Lecz już w Poroninie przerzuciliśmy się na teren. Czerwony szlak miał nas zawieść do Bukowiny, ale jego pierwsze kilometry prowadziły do nikąd. Trudne do jazdy kamieniste dróżki wyżłobione przez ciągniki znikały gdzieś w polach. Korzystamy z pomocy pasterzy, którzy słysząc o naszym celu podróży pukają się w głowę. Mijają kolejne kilometry, teraz kierujemy się na Czorsztyn. Tereny wciąż jeszcze znajome- nie czuć jeszcze tego dreszczyku, kiedy zagłębiasz się w nieznane. Przed nami górskie ścieżki, przemieszczamy się wolniej niż przypuszczaliśmy a na domiar złego gubimy szlak tuż przed Niedzicą – na szczęście traktorzysta wyprowadza nas na właściwą drogę. Jeszcze na odchodnym pyta się, gdzie mamy swoje motory. 
Niekiedy trudno ludziom wytłumaczyć sens rowerowych wyjazdów. Jeszcze nie raz spotkamy się z komentarzami: "a Wam to się tak chce" lub "Ja to wam współczuje chłopaki". Na razie, by nie wdawać się w dyskusje Jasiek rzuca przez ramię, że benzyna jest za droga i jedziemy dalej. Nad Zalewem Czorsztyńskim wita nas ściana deszczu, która kończy się dopiero w Szczawnicy. Kiedy uzupełniamy zapasy, podchodzi do nas jakiś mężczyzna. Okazuje się, że sam jest "sakwiarzem" i także słyszał o Nowaku. Pokrzepieni miła rozmową wskakujemy na rowery. Entuzjazm szybko znika- godziny już popołudniowe a my totalnie pogubiliśmy się po wyjeździe z miasta, gdyż szlak, którego szukaliśmy był źle oznakowany. Przypadkowy przechodzień wskazuje nam na mapie alternatywną drogę. Przymiotnik "alternatywna" w słowniku tego człowieka, jak się później domyśliliśmy, znaczył prawdopodobnie coś zupełnie innego – na przykład "zła" lub "niewłaściwa". Mocny podjazd wyrywa nam powietrze z ust. Droga wydaje się prowadzić w podejrzanym kierunku. W pewnym momencie stajemy już zupełnie skołowani. Po chwili udaje nam się zaczepić jakiegoś kierowcę okropnie głośnej furgonetki. "Do schroniska Prehyba jak jechać?"- pytamy. Mężczyzna przekrzykując charkot silnika wskazuje nam zarośnięte zbocze prowadzące w dół, "Źleście zajechali, najszybciej będzie tędy zejść. Tam już jest droga do schroniska". Skamienieliśmy. Okazało się, że trzeba stracić całą wysokość, jaką zyskaliśmy, wraz z resztką czasu, który nam pozostał. Podczas schodzenia analizowaliśmy tym razem znacznie słowa "najszybciej". Oczywiście nie zawsze oznacza "najprzyjemniej", ale pojęcie szybkości zostało diametralnie nadwerężone- tego byliśmy pewni. Zejście zajęło nam około godziny a przedzieranie się przez pokrzywy i chaszcze nie było czynnością relaksacyjną. Obóz rozbiliśmy chwilę po znalezieniu właściwej drogi. Znów zaczęło padać i namiot trochę przemókł, lecz nic już nas nie powstrzymało przed zasłużonym spoczynkiem.




Następny dzień rozpoczął się pozytywnym i optymistycznym akcentem- słońcem. Zostajemy trochę dłużej i suszymy rzeczy. Po kąpieli w porannym blasku wskakujemy na rowery i ruszamy. Droga przedstawiała się wyśmienicie- ubita szutrowa ścieżka zakosami trawersująca zbocze. Podobała nam się na tyle, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęliśmy szlak do schroniska. Gdy droga nagle skończyła się w środku lasu uświadomiliśmy sobie, że coś nie gra. Po długiej i wnikliwej konsultacji z mapą nasze położenie stało się jasne- albo wracamy paręnaście kilometrów do rozwidlenia, albo prowadzimy rowery korytem rzeki, które powinno zawieść nas do celu. Decyzja była błyskawiczna. Pierwsze kilometry w wodzie po kostki były jeszcze do zniesienia, lecz kiedy nastromienie narastało, zmniejszały się powoli nasze siły i chęci. Wreszcie po trzech godzinach decydujemy się odbić trochę w prawo. Plan wydawał się prosty-jak zawsze- podejdziemy chwilę bardzo stromym zboczem, ale za to szybciej dotrzemy do grani i szlakiem dojedziemy do schroniska. To był nasz kolejny błąd. Nachylenie stoku, chaszcze i drzewa zmusiły nas do zdjęcia sakw i przenoszenia ich oddzielnie. Po chwili makabrycznego podejścia gubimy się w lesie. Zrezygnowani siadamy i bierzemy się za zajadanie borówek, które porastały zbocza. Nagle w oddali pojawia się dach schroniska – z zupełnie innej strony niż się spodziewaliśmy. Zamiast skrócić sobie drogę wydłużyliśmy ją o parę kilometrów. Do Prehyby dostaliśmy się w godzinach popołudniowych a samo podejście od koryta rzeki zajęło około sześciu godzin. Wycieńczeni przejechaliśmy jeszcze paręnaście kilometrów do miejscowości Rytro. Po drodze użądliła mnie w policzek pszczoła i pękła mi tylna przerzutka. Pech osiągnął punkt kulminacyjny i szczęście powoli się zaczęło do nas uśmiechać. Znaleźliśmy świetne miejsce na biwak, a widoki okraszone pięknym zachodem i pełnią księżyca, były olśniewające. W dole majaczyła meandrująca rzeka roziskrzona światłami zasypiającego miasteczka a w około nas obrośnięte lasami góry okrywały się nocną mgłą. Na tle malowniczych barw chowającego się słońca stał wielki krzyż podkreślający wyjątkowy klimat togo miejsca.




Trzeci dzień od rana nie wróżył dobrej pogody. Na dodatek moja twarz okropnie spuchła. Zdecydowaliśmy mocniej przycisnąć i jechać pewne etapy asfaltem by nadrobić wczorajsze opóźnienie. Tak też zrobiliśmy. Oczywiście ulewa nie oszczędziła nas, ale parliśmy dalej. Wreszcie koło południa wyszło słońce- zaczęliśmy powoli schnąc. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się koło jeziora, które przypomniało nam nasz cel podróży -Mazury. Doszliśmy do wniosku, że będzie potrzebna zmiana trasy. Po krótkiej kąpieli wracamy na drogę. Naszym celem tego dnia były Gorlice, lecz koło schroniska na Magurze, w górach Beskidu niskiego rozpętał się "mordor". Cali mokrzy wpadliśmy do chaty by przeczekać burze i tam już zostaliśmy na noc. Schronisko było bardzo przytulne i klimatyczne a ceny niewygórowane. Poznaliśmy wielu ciekawych ludzi, m.in. Nepalczyka podróżującego po świecie samopas. Otrzymałem też odczulacze na moją opuchliznę. Noc minęła w pełnym spokoju i komforcie.O poranku przywitał nas deszcz. Pochłonęliśmy śniadanie i spakowaliśmy się. Poprzedniego dnia ustaliśmy, że musimy zrezygnować z dominujących jeszcze wczoraj dróg terenowych, przerzucić się na asfalt i ostro cisnąć do Lublina. Wizja wędrówki po wschodzie prysła – mieliśmy za mało czasu i za dużo go straciliśmy. Albo wóz albo przewóz. 


Ze schroniska wyjechaliśmy prosto w strugi deszczu. Ludzie patrzyli na nas jak na szaleńców, ale tym razem mieliśmy mocne postanowienie dotarcia tam gdzie zaplanowaliśmy. Z tego dnia pamiętam tylko szum opon i deszcz. Przejaśniło się dopiero po południu, przez co mogliśmy rozbić namiot i spać we względnym komforcie.

Kolejne dwa dni różniły się niewiele, z tym wyjątkiem, że było mniej deszczu, mniej gór, ale więcej jezior. Wybieraliśmy niezbyt ruchliwe asfaltowe drogi i robiliśmy po sto czterdzieści kilometrów dziennie. Wreszcie dnia szóstego docieramy do Lublina. Ażeby mieć więcej czasu na Mazurach decydujemy się zakupić bilety kolejowe do Białegostoku. Pociąg miał wyjechać o 5 rano, więc czas ten spędziliśmy na zwiedzanie miasta. Udało nam się też poznać kolejnego "sakwiarza", który był przy okazji ulicznym kuglarzem. Nocne godziny przekimaliśmy na dworcu.


O dziesiątej rano znaleźliśmy się w Białymstoku i ruszyliśmy w stronę Narwiańskiego Parku Narodowego. Drobne asfaltowe i szutrowe dróżki prowadziły nas po malowniczych miejscowościach. Około godziny czwartej po południu docieramy nad samą Narew, gdzie pod wiatą zjadamy obiad. Miejscowość nosi nazwę Topilec – jak się okazało, właściwie proroczą. Nagle nad nami zbierają się burzowe chmury. Decydujemy się na rozbicie namiotu na wystarczająco dużej ambonie tuż przy wiacie. Porywisty wiatr pojawia się nie wiadomo skąd. Namiot wygina się w niebezpieczny sposób, więc ubezpieczamy go gumami do mocowania bagażu. Deszcz spada z nieba zanim zostaje założony tropik- i choć dach ambony chroni od wody to wiatr jest na tyle silny że namiot jest stopniowo zalewany. Męczymy się z trzepoczącą na wietrze płachtą tropiku, kiedy widzimy błysk  i zaraz po nim słyszymy potężny huk . Zdajemy sobie sprawę ze swojego położenia- ambona jest najwyższym punktem w okolicy. Prowizorycznie zabezpieczamy namiot i wrzucamy do niego wszystkie rzeczy a sami schodzimy do wiaty. Mały daszek przecieka. Siedzimy skuleni, już całkowicie mokrzy, a burza zamiast się oddalać wciąż się zbliża. Podnosimy sobie morale śpiewając i żartując. Wreszcie wpadamy na pomysł by szukać pomocy wśród mieszkańców Topilca. Oglądając się na złowrogie błyski wbiegamy skuleni na jedno z podwórek. Starsza pani po chwili wahania udostępnia nam stodółkę. Po przytransportowaniu części rzeczy, które suchutkie leżały w wodoszczelnych sakwach przebieramy się, suszymy i rozkładamy się na wielkiej górze siana. Przygoda zakończyła się szczęśliwie, ale jeszcze przed zaśnięciem kołatają się nam w głowie słowa naszej pani dobrodziejki: "Ach, zuchy takie – burzy się przestraszyly"




Kolejny dzień zapowiada się dość ładnie. Dookoła nas krajobrazy tak odmienne od górskich turnic. Szerokie połacie pól poprzetykanych gdzieniegdzie lasami, jeziorkami czy rozlewiskami. Jadąc wzdłuż Narwi dojeżdżamy do miejsca przeprawy, szeregu samoobsługowych promów łączących kładki. Cała ta droga poprowadzona jest przez wielkie łąki wysokiej trzciny porastającej rozlewisko Narwi. Piękny i ciekawy widok oraz fajne przeżycie. Słońce znów chowa się za chmurami a przed nami pojawia się kolejny problem. Otóż wszelakie ułatwienia przeprawy nagle ucinają się. Przed nami około 20 metrów rozlewiska. Wszyscy inni turyści decydują się zawrócić, lecz w naszym przypadku wiązałoby się to z parudziesięciu kilometrowym objazdem. Już po chwili paradujemy w samych kąpielówkach. A więc rowery (już bez sakw) na plecy i w jungle. Zapadamy się na początku po kolana, lecz muł strasznie zasysa. Ludzie mają atrakcje a aparaty idą w ruch. Jasiek po chwili gubi sandały. Po paru krokach mamy wodę już po pas. Adrenalina zaczyna urozmaicać skład naszej krwi. Męczymy się z wyrwaniem nóg z gęstej mazi, ale jeszcze kilka kroków i wychodzimy na większą płyciznę. Drugie przejście z sakwami nie sprawia nam takiego kłopotu. Stajemy na na suchym lądzie a Jasiek wyrywa pijawkę ze stopy- to dla nas pewna egzotyka, więc czujemy się prawie jak w podmokłych lasach równikowych. Po przeprawie robimy jeszcze parę dobrych kilometrów, zwiedzamy miasto Tykocin, w którym Jasiek stara się zauroczyć swym wrodzonym wdziękiem młodą ekspedientkę i zatrzymujemy się w na pół zarośniętych ruinach kamiennego domu.. Piękny zachód dostaje się nam w nagrodę za poświęcenie. Delektujemy się gruszkami, które podarowała nam napotkana kobieta. Kolejny bardzo piękny i klimatyczny biwak.



Biebrzański Park Narodowy. Kolejny punkt naszego mazurskiego planu. Byliśmy wreszcie od jakiegoś czasu susi, pogoda sprzyjała i nie spodziewaliśmy się po drodze żadnych nieprzyjemnych przygód. Bardzo ciekawe widoki, bujana roślinność, mnóstwo ptactwa i błękitne, przejrzyste niebo. Niestety już po paru kilometrach zaczęły pojawiać się coraz większe kałuże których nie sposób było ominąć. Niektóre z nich osiągały rozmiar małych stawików, których woda sięgała ponad koła – wyjazd z takiej wodnej dziury i to z sakwami należało do nie lada wyczynu. Mijamy łosia, po czym decydujemy się na odpoczynek. Napawamy się naturą – przez cały dzień nie spotkaliśmy żadnego człowieka. Wracamy tą samą drogą, mijamy łosia, który nie ruszył się nawet o centymetr, ponownie zażywamy wodnych kąpieli. Wreszcie znajdujemy asfalt i mkniemy nim wprost do Grajewa. Tam poznajemy szajkę meneli, którzy ucinają sobie z nami pogawędkę. Ich szare komórki, które jeszcze pozostały na polu walki dzielnie starają się zrozumieć, dlaczego tak się męczymy jadąc na rowerach przez pół Polski. Co prawda my też tego nie rozumiemy. Nie musimy – my to po prostu lubimy. Nocleg przypadł nam dość wcześnie nad jeziorkiem koło Grajewa. Odpoczywamy, gramy w karty, kąpiemy się – nareszcie czujemy mazurski klimat.


Dziesiątego dnia docieramy do Pisza. Tam decydujemy się wynająć kajak. Znów stajemy się atrakcją gawiedzi. Nasza łódka miast płynąć prosto wciąż zatacza koła. Nie jest to nasze pierwsze spotkanie z kajakiem, więc zdajemy sobie sprawę, że coś tu nie gra. Lecz zabawa jest przednia i nie przejmujemy się niepowodzeniami. Na jeziorze Roś spędzamy trzy godziny a na wieczór rozbijamy się w okolicy. Nazajutrz dowiaduję się, że mam ciocię w Piszu. Wreszcie zjadamy porządny zdrowy obiad. Około południa ruszamy dalej, z obciążonymi żołądkami i sumieniami (Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu). Po drodze mijamy stadninę konika polskiego i docieramy do Jeziora Śniardwy. Tam "mazurzymy”, – czyli robimy to, co przeciętny turysta – opalamy się i pluskamy w wodzie. Z nad największego jeziora w Polsce zmierzamy do Mikołajek. Tam, przed sklepem odprawiamy taniec szczęścia. Otóż Jasiek spektakularnie potyka się i pada plackiem na ziemie z okrzykiem "mikołajki" na ustach a ja zanoszę się szaleńczym śmiechem. Jeszcze pod wieczór jedziemy zobaczyć jezioro Łuknajno wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i szukamy miejsca na biwak. Rozbijamy się w małej wsi Lipowo.
Trzynasty dzień spędziliśmy znów w kajakach. Tym razem udawało nam się normalnie utrzymać kurs. Z jeziora Białego przepłynęliśmy rzeczką do jeziora Gant. To było jedno z bardziej pamiętnych przeżyć estetycznych. Porośnięty drzewami przesmyk wyglądał jak kadr z filmu o jungli. Następnego dnia byliśmy w Olsztynie, skąd pociągiem dojechaliśmy do Zakopanego. Wyjazd dobiegł końca – a w naszych głowach powoli poczęły kiełkować nowe pomysły... 



By zobaczyć wszystkie zdjęcia zapraszamy do Galerii











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz