"Raz na wozie, raz pod wozem"


Tekst pochodzi z września 2010 roku. Uwaga! Zawiera oryginalnego Mojżesza!
By zobaczyć wszystkie zdjęcia zapraszamy do Galerii


Wakacyjny plan tygodniowego wyjazdu w Beskidy nie powiódł się.
Dopadła nas „epidemia” anginy. Wraz z odejściem choroby nadszedł rok szkolny… Niepowodzenie to zmusiło nas do opracowania planu „B”. Do dyspozycji mieliśmy jedynie weekend. Wybór padł na Babią Górę. Pomysł wydawał się względnie prosty w realizacji. Nasz optymizm spotkał się jednak z prawdziwym murem r z e c z y w i s t o ś c i…





Charakterystyczny początek z charakterem.

Wyprawę rozpoczęliśmy z tradycyjnym dla nas opóźnieniem.
Mając poślizg czasowy wiedzieliśmy że trzeba będzie „cisnąć” aby przed zachodem słońca dotrzeć do schroniska pod Babią Górą. Pogoda rześka (tzn. chłodno, całkowite zachmurzenie i zapach deszczu)  pobudzała nas do kręcenia nogami.  
Podczas pierwszego krótkiego postoju szybko okazało się że pech trzyma się nas jak szczur na pokładzie. Kiedy Jasiek sięgnął do sakwy aby wyjąć coś na przekąskę jęknął niemiłosiernie! To benzyna wyciekła ze starego radzieckiego kochera i zalała środki higieny i jedzenie. Część prowiantu zjedliśmy a część wyrzuciliśmy. I tak na „podwójnym gazie” ruszyliśmy dalej.  





Kurnik, pająki i mięsożerne kuraki.

Na kolejnym przystanku, przywitała nas tablica oznajmiająca, że oto znaleźliśmy się na terenie kuraków czy innych głuszców. Usiedliśmy przy niej i gaworzyliśmy o jakiś nieistotnych sprawach. Po chwili znaleźliśmy coś ciekawego…
- Ej Max, co to za mała chatka?
- Nie wiem… mi wygląda na studzienkę, ale sprawdzę. - po chwili rozległ się dźwięk skrytej euforii - ha, ha! Chodź Jasiek szybko, zobacz.!

- To mały szałas na siano! Trochę tu piór…jakieś skorupki…
(zadziałała w nas obu jedność myśli)
- Mi się podoba…
- Ok. zostajemy!

Postanowione zostało że nie będziemy tego dnia spać w zapewne ekskluzywnym, wygodnym i ciepłym, schronisku… ale za to mięliśmy nasz „kurnik”! Mieściły się w niej idealnie dwie osoby, do połowy był wypełniony siankiem a w nim pełno… pająków. W nocy wydawało się że jest ich więcej od siana…
Ale zanim przyszła noc zdążyliśmy rozejrzeć po okolicy. Miejscowość nosiła nazwę Zubrzyca Górna. Jest tam wiele ścieżek rowerowych, kemping i kilka sklepów. W jednym z nich kupiliśmy najsmaczniejszą kiełbasę na świecie! Niestety przekonaliśmy się o tym dopiero przy ognisku, kiedy już było za późno żeby kupić jej więcej. A byliśmy bardzo głodni! Oj jak głodni byliśmy! A następnego dnia w perspektywie dużo kręcenia. Ale cóż, jak to się mówi „przygoda, przygoda między nogi kłoda…” – czy coś w ten deseń.  
Rozpaliliśmy ognisko – czas przyjemnie zleciał na opowieściach, zwierzeniach i dowcipach. Kolacja, entuzjastycznie pochłonięta, szybko stała się wspomnieniem…
Zostawiając jedzenie na jutrzejszy „atak szczytowy” przy palenisku, poszliśmy do naszego „kurnika” a raczej „pająknika” (a kiszki wciąż lekko przygrywały).  

Rano, o godzinie 6:00 obudziliśmy się „dziarscy”. I od razu zgodnie stwierdziliśmy że idziemy coś zjeść. Kiedy przyszliśmy do ogniska odebrało nam głos. Okazało się że jakieś zwierzę zjadło nasze poranne śniadanie! Zniknęły nam bułki, ser i szynka! Oglądając rozrzucone siatki i resztki jedzenia przypomnieliśmy sobie o zamieszkujących ten teren kurakach… czyżby mięsożernych?
Na szczęście mieliśmy trochę kiśli i batony. Kiedy zjedliśmy „śniadanie” i spakowaliśmy się nagle wyjrzało słońce. Ach, to jest to… Ruszamy!


Jaki wjazd – takie… wyjście


„1725 m.npm. -najwyższy po Tatrach szczyt w Polsce - na rowerze…” – brzmi pięknie. Lecz nie biorąc pod uwagę poprawności składniowej a merytoryczną powinniśmy użyć stwierdzania „ pod rowerem.”
By wyjechać „na lekko” bagaż zostawiliśmy gdzieś w pobliskim lesie maskując go pod kupą gałęzi i napełnieni optymizmem popedałowaliśmy w stronę masywu Babiej. Lecz im bliżej byliśmy celu, im góra stawała się większa, tym częściej dręczyły nas wątpliwości.


Po niedługim podjeździe wreszcie znajdujemy się na przełęczy Krowiarki (1012 m.npm.). Przed nami Babia Góra. Pierwsze parędziesiąt metrów nie sprawia nam problemu. Ścieżka jest wygodna i niewyboista. Nagle zaczyna się piąć w górę. Pojawiają się drewniane stopnie i głazy . Ślizgając się, przemykamy wyszukanymi przesmykami niczym akrobaci, co chwile tracąc równowagę. Po chwili padamy ze zmęczenia – nie tak to miało wyglądać. Marzyły nam się leśne, pnące się pod górę ścieżynki – a nie autostrada wyłożona głazami po której nie da się jeździć. Nagle do naszych uszu dociera : „Eee, nie wyjedziecie tam – lepiej zawróćcie teraz”. Lecz nie przejmując się tym zarzucamy rowery na karki i w drogę. Jasiek nuci : „Przygoda, przygoda między nogi kłoda”. Max wtóruje „ … pod nogi kłoda” choć żaden z nas nie pamięta oryginału. Kiedy nasz patetyczny ton osiada, siadają i siły. Lecz powoli wpadamy w trans – liczymy kroki, liczymy oddechy i trzymając stałe tępo pniemy się w górę. 
Nareszcie. Sokolica (1367 m npm.). Dajemy odpocząć obolałym plecom, zjadamy część niesionego prowiantu i chwytamy za aparat. Doskonała pogoda, niebo jest przejrzyste a słońce przygrzewa. Podziwiamy jesienne, Beskidzkie krajobrazy. Przed nami Diablak leniwie wyleguje się w promieniach słonecznych. W drogę.
Od tej pory od czasu do czasu udaje nam się wsiąść na rower i z radością przepedałować parędziesiąt metrów. Jak to się mówi „Raz na wozie raz pod wozem”

Wydostaliśmy się już z piętra regli i zagłębiamy się w
m o r z e kosodrzewiny. Przemierzamy akwen kosówki jakby prowadzeni przez Mojżesza. Otaczają nas urzekające krajobrazy. Nieśpiesznie jedziemy napawając się widokiem. Lecz po chwili znów „pod rower”, i tak w koło. Dla innych Babio-Górskich traperów byliśmy nie lada atrakcją. Niekiedy wydawało się, że większą niż sama Babia Góra. Ludzie wygłaszają luźne komentarze, zagadują nas. Po pewnym czasie przestajemy ich słuchać. Kiedy wychodzimy już z kosówki w trajkocie przechodniów wyłapujemy takie zdania jak „Lepiej trzeba było wziąć sanki” albo „Bardziej wam się narty przydadzą”. Dowiadujemy się, że na szczycie jest śnieg. Nie przeraża nas to za bardzo, gdyż w Tatrach (skąd jesteśmy) śnieg można spotkać nawet latem.
Przeczuwamy że jesteśmy już blisko. Ale gdzie tam. Na Babiej Górze istnieje zjawisko które można nazwać - „uciekającym szczytem”. Za każdym pagórkiem wyglądającym jak szczyt znajdujemy kolejny. Jest świetny plener fotograficzny więc co chwile zatrzymujemy się by zrobić parę ujęć. Opóźnia nas to, ale i tak nigdzie się nie śpieszymy. Jasiek podczas jazdy „łapie glebe” po czym wstaje i po sekundzie jeszcze bardziej spektakularnie przelatuje przez kierownice. Wzbudza to salwę śmiechu przechodzących turystów. Teraz wystarczyłoby tylko przejść się z kapeluszem i pozbierać na obiad…
Ludzi jak lodu. Dosłownie – im jesteśmy wyżej, tym więcej śniegu i piechurów. Ciekawa zależność. Wnioskujemy że wychodzą krótszą drogą od schroniska a teraz schodzą wdeptując nas w ścieżkę. Ale cóż – nie można mieć gór na wyłączność.


Diablak w objęciach


Wsiadamy na rower – rozpędzamy się – chcemy „wjechać” na szczyt. Jest. Mamy go – wierzchołek Babiej Góry. Lecz nie czas na okrzyki czy podskoki. Na szczycie jest zimno i strasznie wieje. Chowamy się za murkiem i zjadamy resztki jedzenia. Długo nie chce  nam się ruszyć ze schronienia, lecz po pewnym czasie idziemy złapać kilka ciekawych kadrów. Max z rowerem wspina się na murek, by pozować do zdjęć. Silny wiatr o mało co go nie zrzuca. To się nazywa poświęcenie dla wyższych celów.
Powoli dojrzewa w nas decyzja, by nie wracać ta samą drogą. Kusi nas zjazd w stronę schroniska. I choć będziemy musieli nadłożyć drogi decydujemy się na ten wariant. I już kiedy mamy schodzić trafia się kolejna okazja do zarobku. Pewien turysta jest nam gotów zapłacić za „wypożyczenie” roweru do zdjęcia na szczycie. Lecz my ze względów religijnych, ideologicznych, moralnych i etycznych nie zgadzamy się. Choć pewnie czekoladą by nas przekupił – bo znowu zgłodnieliśmy.
Teraz już tylko zjazd na Małą Babią i w dół do schroniska. Jasiek zostaje jeszcze chwile na szczycie by zrobić towarzyszowi zdjęcie z ciekawej perspektywy.
U podnóża trafiamy na niebieski szlak na którym wreszcie możemy się wyszaleć. Śmigamy spragnieni rowerowego pędu. Tego było nam trzeba. Aha – i tradycyjnie- Parędziesiąt metrów przed Krowiankami Max łapie „gumę”. Można się było tego spodziewać, on ma pecha do takich przygód. „Zaraz załatamy – po to przecież zabraliśmy narzędzia”– uspokaja Jasiek. W tym momencie dociera do nas że zapasowa dętka i łatki leżą gdzieś bezpiecznie ukryte. Schowek urządziliśmy sobie parę kilometrów niżej.
Max na każdej wyboistości cierpi bardziej niż rower. Wreszcie docieramy na miejsce i łatamy dętkę. Zjadamy także przezornie schowane resztki prowiantu i ruszamy w drogę powrotną.

Kiedy w następny dzień po powrocie jechaliśmy do szkoły Babia ukazała nam się na horyzoncie.. Jeszcze przez dłuższy czas czuliśmy ją… w nogach.

 By zobaczyć wszystkie zdjęcia zapraszamy do Galerii




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz