"W pogoni za śniegiem"

Słońce już zaszło. Niebo przybrało głęboki kolor szafiru. Stanąłem na polanie, oparłem się na kijkach i podziwiałem oświetlone księżycem Tatry. Tego wieczoru przemierzając na nartach pobliskie wzgórza, zdecydowałem się wyjechać na tydzień w góry wraz z biegówkami.

Wybrałem Beskidy - blisko - pięknie - ścieżki idealne pod śladówki. Wyrychtowałem sprzęt i korzystając z ferii zimowych ruszyłem. Tak właśnie Zustang przesiadł się chwilowo no narty. 


Lądowanie nie było miękkie. Wysiadłem w Suchej Beskidzkiej o poranku. Okazało się że w górach praktycznie nie ma śniegu. Siąpił lekki deszczyk, morale siadło. Pierwszy samotny wypad nie zapowiadał się ciekawie. Ale trzeba przeć do przodu. Narty niczym maszt sterczały z plecaka i haczyły o gałęzie drzew. Buty biegowe nie nadawały się do chodzenia po śliskich kamieniach. Zagłębiłem się w podgórski las.
Pierwszego dnia nie było mi dane założyć nart.
Pod wieczór rozbiłem namiot który nie sprawdził się w deszczu, gdyż zaczął konkretnie przeciekać. Nie zwlekając, spakowałem plecak i już w świetle czołówki ruszyłem do oddalonego o parę kilometrów schroniska. 

Niewielki schron w Paśmie Jałowieckim, prowadzony przez rodzinę wspominam bardzo ciepło. Ostatnie parę godzin przed snem spędziłem bawiąc się z mieszkającym tam dzieciakiem, który przejawiał wyjątkową ciekawość do zwartości mojego plecaka, a ponad wszystko chciał zaanektować mój śpiwór.




Poranek wzeszedł słońcem. Ziemię ściął wyczekiwany przeze mnie mróz. Resztki śniegu w wyższych partiach gór pozwolą mi choć odrobiną nacieszyć się biegówkami.
Wbiegłem na Jałowiec z którego czekał mnie piękny zjazd w bukowym lesie. Znów pod górę - łapię trochę śniegu pod łuskę i powtórnie w dół.

Część noclegów spędziłem w moim prowizorycznym namiocie. Przed parunastu-stopniowym mrozem ratował mnie syberyjski śpiwór puchowy sprezentowany przez wujka - podróżnika.
Biwak, który bez wątpienia najbardziej zapadł mi w pamięć, można opisać słowami powiedzenia: "strach ma wielkie oczy".
Otóż moje schronienie zanadto polubiła pewna wiewiórka. Kilkakrotnie budziłem się z senną pewnością, że mam do czynienia z niedźwiedziem. Raz po raz wybiegałem przed namiot z latarką, bądź też leżałem w posłaniu jak trusia. Rano znalazłem rozbójnicę biegającą po obozowisku...


Dalszą część podróży pamiętam jak przez mgłę. Narty okazały się przydatne jedynie na połoninach i wysokich partiach leśnych. Pod koniec wypadu pogoda znów dała mi popalić. Ostatnią noc spędziłem w schronisku pod Babią Górą.

Bezwarunkowo wyjazd trzeba powtórzyć, gdyż Beskidzkie ścieżki są stworzone pod narty śladowe. Niech zima dopisze!


Wyjazd miał miejsce na przełomie lutego i marca 2011 roku. 

Maksym Tychawski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz