Wybrałem Beskidy - blisko - pięknie - ścieżki idealne pod śladówki. Wyrychtowałem sprzęt i korzystając z ferii zimowych ruszyłem. Tak właśnie Zustang przesiadł się chwilowo no narty.
Lądowanie nie było miękkie. Wysiadłem w Suchej Beskidzkiej o poranku. Okazało się że w górach praktycznie nie ma śniegu. Siąpił lekki deszczyk, morale siadło. Pierwszy samotny wypad nie zapowiadał się ciekawie. Ale trzeba przeć do przodu. Narty niczym maszt sterczały z plecaka i haczyły o gałęzie drzew. Buty biegowe nie nadawały się do chodzenia po śliskich kamieniach. Zagłębiłem się w podgórski las.
Pierwszego dnia nie było mi dane założyć nart.
Pod wieczór rozbiłem namiot który nie sprawdził się w deszczu, gdyż zaczął konkretnie przeciekać. Nie zwlekając, spakowałem plecak i już w świetle czołówki ruszyłem do oddalonego o parę kilometrów schroniska.
Pierwszego dnia nie było mi dane założyć nart.
Pod wieczór rozbiłem namiot który nie sprawdził się w deszczu, gdyż zaczął konkretnie przeciekać. Nie zwlekając, spakowałem plecak i już w świetle czołówki ruszyłem do oddalonego o parę kilometrów schroniska.
Wbiegłem na Jałowiec z którego czekał mnie piękny zjazd w bukowym lesie. Znów pod górę - łapię trochę śniegu pod łuskę i powtórnie w dół.
Część noclegów spędziłem w moim prowizorycznym namiocie. Przed parunastu-stopniowym mrozem ratował mnie syberyjski śpiwór puchowy sprezentowany przez wujka - podróżnika.
Biwak, który bez wątpienia najbardziej zapadł mi w pamięć, można opisać słowami powiedzenia: "strach ma wielkie oczy".
Otóż moje schronienie zanadto polubiła pewna wiewiórka. Kilkakrotnie budziłem się z senną pewnością, że mam do czynienia z niedźwiedziem. Raz po raz wybiegałem przed namiot z latarką, bądź też leżałem w posłaniu jak trusia. Rano znalazłem rozbójnicę biegającą po obozowisku...
Bezwarunkowo wyjazd trzeba powtórzyć, gdyż Beskidzkie ścieżki są stworzone pod narty śladowe. Niech zima dopisze!
Wyjazd miał miejsce na przełomie lutego i marca 2011 roku.
Maksym Tychawski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz