Aby zobaczyć więcej zdjęć zapraszamy do Galerii
W listopadzie relacja z wyprawy pojawi się w magazynie"Rowertour" - Zapraszamy
W listopadzie relacja z wyprawy pojawi się w magazynie"Rowertour" - Zapraszamy
Kto nie ryzykuje...
Klątwa Posejdona
Z Sofi docieramy pociągiem nad "czorne more"
- do Burgas. Środek nocy - pod okiem i kuratelą policji skręcamy
rowery po czym przedzieramy się przez miejską dżungle. W
poszukiwaniu miejsca na nocleg trafiamy na wybrzeże. Kołysani szeptem morza zasypiamy.
Statki
podwodne i fabryka kryształowych granatów
Jako
że mapę Bułgari mieliśmy bardzo ogólną nie planowaliśmy
konkretnych tras a po prostu kierowaliśmy się na północ. Właśnie
dlatego po biwaku w lesie, ruszyliśmy dalej leśną ścieżką, z
nadzieją że szybko znajdziemy ludzką siedzibę gdyż powoli
zaczęło brakować nam wody. Jak na złość drożyna ciągnęła
się kilometrami. Z lasu wyjechaliśmy na spalone słońcem połoniny.
Upał stawał się nie do zniesienia. Mijaliśmy piękne krajobrazy,
którymi nie mogliśmy się niestety delektować z powodu nieznośnego
pragnienia. Po kilkudziesięciu kilometrach, padnięci docieramy
wreszcie do małej klimatycznej mieściny w której dostajemy wodę,
jemy coś ciepłego i ruszamy dalej. Droga jest już asfaltowa i
prowadzi nareszcie w dół.
Przemieszczamy się wolniej niż
planowaliśmy z powodu mojego osłabienia chorobą i kolejnych
przygód tak więc do wieczora postanawiamy przycisnąć. Docieramy
do Bliznatsi i szukamy dzikiego skrawka plaży. Niestety kurorty, już
przez nas przeklęte, ciągnęły się nieprzerwanie. Pchanie rowerów
nocą po piasku po męczącym dniu dobiło mnie i wzmocniło chorobę
– byłem na skraju sił ledwo powłócząc nogami brnąłem przed
siebie bredząc coś bez sensu – o statkach podwodnych i fabryce
kryształowych granatów... Zmusiło nas to do noclegu na plaży tuż
obok kurortu co zaskutkowało pobudką wśród masy turystów.
Po przebytym kryzysie dopiero po kolejnych trzech męczących dniach, w Balciku, decydujemy się na pójście do lekarza. Okazuje się że mam anginę ropną i po końskiej dawce antybiotyków i dniu przerwy powoli zaczynam wracać do sił.
Po przebytym kryzysie dopiero po kolejnych trzech męczących dniach, w Balciku, decydujemy się na pójście do lekarza. Okazuje się że mam anginę ropną i po końskiej dawce antybiotyków i dniu przerwy powoli zaczynam wracać do sił.
Błotna kąpiel
Po
odpoczynku ruszyliśmy dalej powoli zbliżając się do Rumuni. Jadąc wzdłuż wybrzeża trafiamy na przylądek Kaliakra z ruinami
średniowiecznej twierdzy. W tych okolicach znajdują się piękne klify z wielowarstwowego piaskowca zachwycające swym rudawym
kolorem. Następnego dnia dotarliśmy do granicy.
Bułgaria żegna
nas porywistym wiatrem - Rumunia wita słońcem. Pierwszy raz
decydujemy się na nocleg na campingu.
Wzdłuż całego wybrzeża widzieliśmy często czarne sylwetki ludzi pokrytych
tzw "borowiną", rodzajem mułu, który podobno ma
właściwości lecznicze. Tak więc korzystając z bagna koło pola
namiotowego sami poddajemy się tej oryginalnej kuracji. Ludzie nie
są zdziwieni – a nawet proszą nas o zebranie dla nich odrobiny
cennego błota do którego dostęp był utrudniony. Ruszamy dalej.
Krajobraz powoli się zmienia. Oddalając się od morza żegnamy
zielone pagórki, klify i piaszczyste plaże.
Dominować zaczynają suche równiny które służą Rumunom za pastwiska. Właśnie z jednego z takich pastwisk zerwał się dzieciak pasący kozy i biegł w naszym kierunku dobre parędziesiąt metrów- tylko po to by... przybić nam piątkę To był dla nas znak że nadmorskie kurorty już dawno za nami a widok turysty jest tu rzadkością.
Dominować zaczynają suche równiny które służą Rumunom za pastwiska. Właśnie z jednego z takich pastwisk zerwał się dzieciak pasący kozy i biegł w naszym kierunku dobre parędziesiąt metrów- tylko po to by... przybić nam piątkę To był dla nas znak że nadmorskie kurorty już dawno za nami a widok turysty jest tu rzadkością.
"Jadąc
do Babadag"
W
niedzielny poranek docieramy do wsi starowierców. Mijamy tablicę z
nazwą miejscowości napisaną w dwóch językach – rumuńskim i
staroruskim. Według przewodnika mieszkańcy noszą tradycyjne
stroje a każdy mężczyzna ma długą brodę. Na pierwszy rzut oka
wieś wyglądała jak każda inna. Ciekawi, czy pobratymcy Słowianie
zachowali swą kulturową odrębność decydujemy się odbić w jakąś
boczną drożynę. Przejeżdżamy koło cerkwi, gdy nagle wylewa się z
niej kolorowa kaskada tradycyjnych strojów. Są tam ludzie w wieku
podeszłym ale także młodzież a nawet dzieci ubrane podłóg tutejszych zwyczajów. Po wyjeździe ze wsi znajdujemy leśny skrót
prowadzący do Babadag.
Niestety był to cień drogi jedynie –
asfalt a raczej to co z niego zostało prezentował się tak mizernie
że bez przeszkód można by poprowadzić tamtędy etap maratonu MTB.
Docieramy wreszcie do miejscowości znanej z tytułu powieści
Stasiuka. Pierwszy raz spotykamy grupę cyganów, którzy próbowali
wyżebrać co tylko się da. Poczęstowaliśmy ich papierosem lecz
stali się przez to jeszcze bardziej natrętni. Kiedy zaczęli otwierać moją sakwę sytuacja stała się nerwowa i po stanowczym
"nie" ruszyliśmy śpiesznie dalej. Kolejnym punktem na
naszej liście był zamek usytuowany w pobliżu Babadag. Po długim
podjeździe docieramy do ruin. Ze szczytu roztacza się cudowna
panorama – na północy ukazuję się nam rozlewisko Dunaju. Kiedy
chcemy ruszać dalej zauważamy że złapaliśmy gumę. Podczas
łatania, z opony wyciągamy bardzo osobliwe kolce. Były to kulki
które niczym zwinięty jeż, miały ostre szpice z każdej strony.
Paru ludzi podeszło zaoferować nam swoją pomoc – Rumuni to
ludzie bardzo otwarci, temperamentni i ciekawscy. Zostaliśmy
poinformowani że rośliny te nazywają się "kolce babie".
Nie przeczuwaliśmy nawet jak te osobliwe igły dadzą nam się we
znaki. Jeszcze tego samego dnia założyliśmy pięć kolejnych
łatek. Ale najgorsze miało nastąpić dnia następnego.
Kolce "babie" czyli dziurawa epopeja
Z
samego rana zauważamy że jedna z opon delikatnie flaczeje. Ruszamy
w poszukiwaniu jakiegoś wodnego zbiornika. Znajdujemy zabagnione
jeziorko – Olaf z dużym poświęceniem, brodząc po kolana w
błocie zdobywa menażkę wody. Zaczynamy -zakładamy jedną, drugą,
trzecią... dziesiąta łatkę. Z opon wyciągamy garści babich
kolców. Problemem jest to, że, po usunięciu takiej kulki pojedyncze kolce często zostają i trzeba oponę dokładnie wyczyścić by taki mikroskopijny szpikulec znaleźć. Łatek
wystarczyło na styk. Wreszcie po 3 godzinach wsiadamy na rowery. I
po pięciu minutach... znów łapiemy gumę Po kolei w każdej
oponie! Tracimy wszystkie siły i mobilizacje do działania. Nie mamy
łatek, a do najbliższej dużej miejscowości jest 40 km. A co
najgorsze nasze portfele są puste... Zrezygnowani prowadzimy rowery.
Przeklinamy własną głupotę (nauczeni doświadczeniem mogliśmy
nie wjeżdżać w polne ścieżki gdzie "babia" zaraza się
lęgnie). Spragnieni i głodni docieramy do małej wioski. Oczywiście
bankomatu nie ma. Obmyślamy plan działania. Z naszych ustaleń
wynikało że musielibyśmy iść kolejne 8 km do miasteczka z
bankomatem a następnie jeden z nas powinien pojechać autobusem do
Tulczei w poszukiwaniu sklepu rowerowego. Nagle zauważamy mały
sklepik z narzędziami. Olaf z ostatnimi drobnymi w kieszeni i pustym
pudełkiem po łatkach ruszył do sklepu. Ja z nadzieją w sercu
zostałem przy rowerach. Nie uśmiechał się nam plan awaryjny tak
więc widząc radość na twarzy brata kamień spadł mi z serca.
Łatki cudem zdobyte – szczęście w nieszczęściu. Pozostało
tylko załatać dętki...
Po kolejnych czterech godzinach nareszcie
możemy ruszać dalej. Porzucamy myśl o Delcie Dunaju wiedząc że
tamta okolica obfituje w kolcorodne rośliny. Żal objeżdżać tak piękne miejsce bokiem ale nie wyobrażaliśmy sobie przemieszczania
się tam rowerem. Jak to często bywa życie zweryfikowało nasze
plany. Zbliżał się wieczór - ruszyliśmy "z buta" chcąc
choć trochę nadrobić stracony czas. Nocą trafiamy do Tulczei. Nie
wiemy gdzie się podziać, tak więc decydujemy się jechać w
ciemnościach poza miasto. Robimy jeszcze 20 km i po omacku,
rozbijamy biwak. Rano budzimy się na środku olbrzymiej plantacji
winorośli...
Zdobyczne
dętki
Inwazja much i jałmużna
Zatrzymujemy
się pod supermarketem by odnowić zapasy. Nie wyglądamy chyba zbyt reprezentatywnie gdyż podchodzi do nas człowiek i pyta czy nie
potrzebujemy czegoś do jedzenia. Bardzo dziękujemy za gest ale
tłumaczymy że właśnie zrobiliśmy zakupy. Dobroczyńca znika, po
to by pojawić się za chwile z... czteropakiem piwa. Tak obdarowani
ruszamy szukać noclegu.
Niezapomniana
gościna
Już od samego rana dostajemy w kość pierwszym naprawdę stromym i długim podjazdem,
który kończy się ekstremalnym zjazdem remontowaną drogą. Około
południa decydujemy się na odbicie w górskie ścieżyny. Upał
przygniata do ziemi ale widoki rekompensują zmęczenie. Mijamy małe
ale zadbanie wsie. W jednej z nich zostajemy zaproszeni na
drugie śniadanie. Mamy okazje spróbować lokalnych potraw – a w
szczególności wspaniałego swojskiego twarogu. Dostajemy także
rybę wyłowioną z pobliskiej rzeki i warzywa dopiero co zerwane z
ogródka. Delektujemy się prostotą i swojskością. Ludzie tu żyjący
pracują ciężko ale są samowystarczalni i szczęśliwi Daleko od
wielkiego świata, wciśnięci w ciasne dolinki, żyją po swojemu –
to coś co dzisiaj jest rzadkością. Czas na pożegnanie, uściski,
wspólne zdjęcie. Dostajemy ostrzeżenie by nie nocować głęboko w lesie.
W Rumuni jest największe w europie skupisko niedźwiedzi Jest ich tam ok. pięciu tysięcy. Dla porównania polskie Tatry zamieszkuje od sześciu do dwudziestu niedźwiedzi. Wspinamy się na kolejne wysuszone, obłe pagórki. Ludzie tu mieszkający żyją z pracy własnych rąk i kierują się bardzo prostymi ale pięknymi zasadami. Dla nich podróżny także walczy o swój byt, wybiera drogę wolności rezygnując z wygody, dlatego każdy z nich z otwartymi rękami przyjmie wędrowca zgodnie z powiedzeniem "gość w dom bóg w dom". Z żalem opuszczamy tę dziką krainę. Kolejnym celem jest solny płaskowyż. Gubimy się – spytany o drogę Rumun dzieli się swoimi myślami – mówi że bardzo lubi Polskę i że zawsze chciał ją odwiedzić. Przebija przez niego jakiś smutek, który nie pasuje do temperamentu i otwartości jego kompanów. Może w jego żyłach płynie odrobina polskiej romantycznej krwi...?
Docieramy do płaskowyżu – naszym oczom ukazuje się wielka solna ściana. W przydrożnym rowie znajdujemy grubą warstwę słonego osadu. Wydostajemy się na wierzchowinę. Naszym oczom ukazuje się cudowna panorama Karpat. Sam płaskowyż to zielona równina, lekko pofałdowana i porośnięta krokusami, odgrodzona olbrzymimi białymi od soli urwiskami. Co ciekawe zbiorniki wodne na płaskowyżu są wypełnione wodą słodką...
Karapaty
Powoli
wjeżdżamy w Karapaty. Coraz większe przewyższenia, długie
podjazdy i serpentynowe, ekstremalne zjazdy. Kierujemy się na Brosov
– rumuński odpowiednik Krakowa, miasto studentów z pięknym
starym rynkiem. Po drodze zatrzymujemy się przy wysoko zawieszonym,
górskim zalewie gdzie spędzamy 4 godziny na przepakowanie i umycie
sprzętu. Droga prowadzi nas wyjątkowo piękną trasą przez
Karpaty, trawersując szczyty to znowu spadając w doliny. Załamanie
pogody – kropi deszczyk.
Docieramy do Brasova i poświęcamy parę
godzin na zwiedzanie średniowiecznych zabytków min. Czarnego
kościoła. Znajdujemy się w Transylwani- okolicach w których
rezydował hospodar wołoski Wlad Palownik, tak więc nie
przepuszczamy okazji by zobaczyć jego zamek w Bran. Zanim naszym
oczom ukazała się twierdza zauważyliśmy tłumy ludzi. Zabytek sam
w sobie przedstawiał się okazale lecz wszechobecny klimat komercji
zmusił nas do odwrotu. Jak się później okazało Dracula w tym
miejscu prawdopodobnie nawet nie postawił nogi... Po wyjeździe z
Bran udajemy się do ruin klasztoru cystersów z XIII wieku.
Spotykamy tam sporą, zorganizowaną grupę kolarzy-emerytów z
Wielkiej Brytani i Ameryki, którzy świecą najnowszym sprzętem
kolarskim na kilkadziesiąt mil. Jeden z biwaków spędzamy tuż pod
murem olbrzymiego zamku chłopskiego z XV wieku. Ruiny znajdują się
w samym środku wsi -a co najciekawsze- zamieszkane są przez rodzinę
która ma powierzoną opiekę nad zabytkiem. Trzeba przyznać że
jest to egzotyczny widok, gdy dzieci dla zabawy biją w dzwony a po
dziedzińcu biegają króliki...
Mijamy
Fagaras – miejscowość, która służy jako baza wypadowa w góry
Fogarskie. Decydujemy się spędzić jeden dzień w dziczy – wśród
Karpackich szczytów. Odbijamy więc na południe robimy zapasy i
ruszamy niedawno wybudowaną trasą "transalpiną". W
drodze spotykamy dwóch polskich motocyklistów kierujących się na
Bułgarię. Gawędzimy, delektując się ojczystą mową. Znów na
siodełka. Trasa wije się głęboką doliną rzeczną. Czas na
nocleg. Zaszywamy się w gąszczu gdzie planujemy pozostać następny
dzień i zregenerować siły. Rozpalamy ognisko i urządzamy sobie
prawdziwą ucztę.
Ku
końcowi
Wracamy
na właściwe tory i coraz bardziej zbliżmy sie do domu. Docieramy
do Alba Julia gdzie zwiedzamy XVIII - wieczny rynek po czym
zagłębiamy się w mgliste góry zachodnio-rumuńskie Pogoda
załamuje się- zaczyna lać deszcz. Temperatura z ponad trzydziestu
stopni spada do pięciu. Do tego trafiamy na morderczy podjazd który
nie pozwala nam zsiąść z rowerów do późnych godzin wieczornych.
Decydujemy się poszukać pensjonatu. Udaje się znaleźć bardzo
tani nocleg. Odpoczywamy – suszymy rzeczy. Wreszcie jemy posiłek
na stole, a nie, jak zwykliśmy, na podłodze namiotu. Następnego
dnia wysokość zdobytą wcześniej tracimy w jednym, chyba
najdłuższym, zjeździe.
Dostajemy
się na granice Węgiersko – Rumuńską, którą chcemy przejechać alternatywną drogą. Lecz nagle, niewiadomo skąd pojawiają się
służby graniczne, tarasują nam drogę i proszą o dokumenty. Po
krótkiej kontroli zawracają nas na główną drogę. Mkniemy przez pusztę – stepowe równiny - i po dwóch dniach docieramy do
Słowacji. Na horyzoncie znów pojawiają się, tym razem już
znajome, szczyty Karpat. Jeden z ostatnich noclegów nie obył się
bez stresującego incydentu. Po rozbiciu się na małej leśnej
polance zaczęliśmy przygotowywać coś do jedzenia, gdy nagle ciszę
rozdarło coś na kształt głośnego skowyczenia połączonego z
rykiem. W głowach zaczęły tworzyć się przeróżne imaginacje –
ale wreszcie doszliśmy do słusznego wniosku, że to jelenie, gdyż
jest to miesiąc ich godów. Uspokojeni zabraliśmy się za jedzenie.
Wtem mrok nocy rozjaśniły snopy światła samochodu. Czego ktoś
szuka w środku nocy w lesie? Pojazd zatrzymał się jakieś 20
metrów od nas, wysiadło z niego dwoje ludzi, którzy ruszyli w
naszym kierunku. Tętno skoczyło. Chwyciliśmy ostre przedmioty
gotowi do obrony. W trakcie gdy się zbliżali dostrzegliśmy że
jeden z nich niesie karabin. Sytuacja wyglądała nieciekawie. Lecz
gdy niedoszli rabusie podeszli, okazało się, że to myśliwi.
Poinformowali nas że nie możemy tu biwakować gdyż jest to teren
strzelecki. Było nam nie w smak przenosić w środku nocy już
rozłozony obóz ale argument o treści "jeszcze się jakaś
kula zapodzieje" przemówił do nas bardzo wyraźnie. Następnego
dnia przebiliśmy się przez Tatry i dotarliśmy do domu. Koniec niezapominanej przygody – czas na powrót do zwykłego życia i
marzeń o kolejnych eskapadach.
Aby zobaczyć więcej zdjęć zapraszamy do Galerii
W listopadzie relacja z wyprawy pojawi się w magazynie"Rowertour" - Zapraszamy
Aby zobaczyć więcej zdjęć zapraszamy do Galerii
W listopadzie relacja z wyprawy pojawi się w magazynie"Rowertour" - Zapraszamy
Tekst: Maksym Tychawski
Zdjęcia: Olaf Tychawski, Maksym Tychawski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz